„Śniadanie u Tiffany’ego”

Urocza Audrey Hepburn jest dziś ikoną stylu i kina lat 50. i 60.. Kiedy myślimy o aktorce przed oczami mamy ją ubraną w piękną, klasyczną małą czarną, zajadającą rogalika na Piątej Alei przed witryna eleganckiego sklepu z biżuterią. To scena ze słynnego „Śniadania u Tiffany’ego”. Film wskoczył na listę jednego z dziesięciu najbardziej popularnych filmów w historii. Czym tłumaczony jest ten sukces? Przede wszystkim dość kontrowersyjnym, jak na lata 60. tematem. Historia młodej panienki lekkich obyczajów, która miota się ze swoją niedojrzałością ulicami Nowego Jorku i żyje na koszt swoich utrzymanków, musiała swego czasu wzbudzić niemałą sensację. Wzbudziła w Stanach, a co dopiero w Polsce. Główna bohaterka – Holly – to dziewczyna, wydawać by się mogło pozbawiona uczuć i nastawiona na własne przyjemności. Piękne stroje, szykowne kapelusze, luksusowe perfumy, a także obycie w towarzystwie były jej głównymi życiowymi celami. Mierzyła wysoko. Najwyżej jak się dało. Wybierała tylko najbogatszych mężczyzn. Do momentu, kiedy w jej życiu pojawił się tajemniczy pisarz o podobnej reputacji. Historia miłosna stara jak świat. Jednak sceneria Nowego Jorku lat 60. oraz postać Audrey Hepburn w zdumiewających strojach zaprojektowanych przez Givenchy (w tym słynna mała czarna sukienka), nadają filmowi uroku. To klasyk obok którego nie można przejść obojętnie. Pozycja obowiązkowa każdego kinomana.

Both comments and pings are currently closed.
error: Content is protected !!